(WROCŁAW) Henryk Owczarek były dyrektor przychodni przy Dobrzyńskiej, zarzuca kierownikowi poradni stomatologicznej narażenie placówki na finansowe straty. Miał on wykonywać prywatne usługi za publiczne pieniądze. Pacjentami jego prawdopodobnie było wielu wrocławskich polityków i urzędników, którzy płacili za przyspieszone protezy. Alarmowany o tym urząd marszałkowski milczy. Reaguje dopiero w lipcu i… odwołuje dyrektora ze stanowiska. O przyczynach odwołania nie chce mówić.
Henryk Owczarek został dyrektorem Wojewódzkiego Zespołu Specjalistycznej Opieki Zdrowotnej przy ul. Dobrzyńskiej w listopadzie 2000 roku.
- Wcześniej byłem pracownikiem Akademii Medycznej – wspomina Henryk Owczarek. – Na stanowisko dyrektora powołał mnie marszałek, organ założycielski tej placówki. To co zastałem na miejscu zaniepokoiło mnie. Finanse przychodni były na minusie. Zadłużenie sięgało 2 milionów złotych.
Znalezienie przyczyn zadłużenia i dokładna analiza finansowa przychodni spadły na barki, mianowanego w grudniu, wicedyrektora – Stanisława Krężela.
Przy ul. Dobrzyńskiej działa kilkanaście poradni: kardiologiczna, diabetologiczna, okulistyczna, rehabilitacji i fizykoterapii oraz stomatologiczna. Dwie ostatnie, jak się okazało, przynosiły przychodni najwięcej strat.
- Tylko w 1999 roku stomatologia wykazała stratę prawie 400 tys. złotych, rok później niewiele mniej – wylicza Stanisław Krężel.
Henryk Owczarek i Stanisław Krężel pod lupę wzięli poradnię stomatologiczną, w obrębie której funkcjonowała również pracownia protetyczna. A nad wszystkim jednoosobowo czuwał kierownik – Andrzej Maciejewski.
Przy Dobrzyńskiej pracuje prawie 200 osób. W samej tylko poradni stomatologicznej było w ciągu tych 2 lat zatrudnionych nawet do 15 pracowników. Trzech lekarzy, a reszta to prototetycy.
Owczarek i Krężel zaczęli zadawać pytania. Po co tylu protetyków? Ile protez dziennie wykonują? Ile zużywają materiału?
- Na podstawie rozliczenia wykorzystanego materiału, okazało się, że rocznie w pracowni zrobiono 1000 protez, z czego rozliczono tylko 700. Za te protezy kasa chorych zwróciła nam pieniądze. Jednak pozostałe 300 powiększyło deficyt przychodni. Jak twierdzi dyrektor w pracowni wykonywano, drogie protezy szkieletowe, a w dokumentach odnotowywano, że były to tańsze protezy akrylowe.
Rodzą się kolejne pytania. Dla kogo było te 300 protez? Kim byli pacjenci doktora?
Henryk Owczarek i Stanisław Krężel przedstawiają własną wersję wydarzeń:
- Przychodził pacjent. Kolejka. Trzeba czekać. 2 lata – opowiada S. Krężel. – Lista potrzebujących jest długa. Pacjent nie zastanawia się długo. Idzie do kierownika. Ten, mimo że nie był protetykiem, bierze odcisk szczęki pacjenta, daje skierowanie do technika. Technik na tej podstawie robi protezę. Potem pacjent kwituje jej odbiór w zeszycie. Tymczasem w wielu miejscach nie ma podpisu pacjentów, jest natomiast podpis kierownika poradni – twierdzą dyrektorzy.
– Mamy karty pacjentów, które wystawiane są na tzw. martwe dusze, czyli osoby, które nigdy naszymi pacjentami nie były. Nie ma na nich nawet zaznaczonego przebiegu leczenia. – mówi Stanisław Krężel. – Domyślamy się również, że pacjentami były osoby, którym tylko teoretycznie, np. ze względu na wiek, proteza przysługiwała, a wcale jej nie potrzebowały. Zdarzało się też, że na nazwisko jednej osoby wykonywano w krótkim czasie kilka protez, motywując to reklamacją. Praktycznie protezy były wykonywane dla kilku osób.
Owczarek i Krężel twierdzą, że pacjentami doktora Maciejewskiego było wielu wrocławskich polityków i urzędników, którzy na zęby czekać nie mogli. Nie zawsze byli oni bezpośrednimi pacjentami, a często tylko zleceniodawcami.
Dyrektor wielokrotnie sygnalizował te problemy urzędowi marszałkowskiemu. Bezskutecznie. W kwietniu doszło do rozmowy z marszałkiem. To jednak niczego nie zmieniło. Kontroli nie było. Urząd milczał. Zareagował dopiero w lipcu i… odwołał Henryka Owczarka ze stanowiska dyrektora przychodni.
Nie udało nam się poznać przyczyn odwołania dyrektora. Jak powiedziano nam w biurze prasowym urzędu marszałkowskiego, nie mamy prawa tego wiedzieć.
Henryk Owczarek i Stanisław Krężel złożyli doniesienie do prokuratury.
Rozmowa z kierownikiem poradni stomatologicznej – Andrzejem Maciejewskim
*Dlaczego z rozliczenia materiałów zakupionych przez przychodnię wynika, ze wykonano więcej protez niż było faktycznych zleceń?
- Nic mi o tym nie wiadomo. Zresztą nie ma takiej możliwości. Lekarz daje zlecenie. Technik pobiera materiały i z nich się rozlicza.
*Pan nie jest protetykiem, ale mimo to zlecał pan wykonywanie protez…
- Moja specjalizacja to stomatologia ogólna, ale przez lata pracowałem na protetyce. Lekarz stomatolog może zlecić wykonanie protezy.
*A dlaczego pan jako jedyny lekarz w przychodni pobierał protezy w imieniu pacjentów?
- Nie przypominam sobie takich sytuacji. Mamy co prawda wielu pacjentów…ale nie, nie odbierałem, ani żaden z naszych lekarzy tak nie robił.
*Czy dyrektor Sokalski (dyrektor wydziału zdrowia urzędu marszałkowskiego) wnioskował o wykonanie w przychodni protez szkieletowych dla określonych osób?
- Sporadycznie chyba robiłem takie protezy. Ale to była raczej taka prośba dyrektora Sokalskiego. Raz dla długoletniej pracownicy wydziału zdrowia. Innym razem dla pewnego profesora. Była szansa na refundację takich prac przez kasę chorych, ale kiedy ostatecznie okazało się to niemożliwe, zaniechaliśmy takich działań.
*Dlaczego pańskim zdaniem przychodnia przynosiła straty, kiedy pan nią kierował?
- Mieliśmy dużą pracownię protetyczną, pojawiały się trudności z materiałami, a w tym czasie trzeba było płacić pensje. Poza tym dobre akcesoria stomatologiczne są kosztowne i stawki kasy chorych nie zawsze pokrywały wartości tych zabiegów.
Autor artykułu: Agata Kondzińska, Tomasz Janoś