Na taśmę ich

October 13th, 2001

Piłkarze Śląska Wrocław kontynuują dobrą serię meczów wyjazdowych. We Wronkach podopieczni trenera Petra Nemca zremisowali z Amicą 1:1 i zdobyli swoją dwunasta bramkę w spotkaniach na obcych stadionach. Kibice we Wronkach niezadowoleni z postawy swoich pupili, co rusz krzyczeli „Na taśmę ich”, sugerując, aby piłkarze wzięli się za produkcję pralek, a nie za grę w piłkę.

Chyba już tradycją stało się, że na stadionie we Wronkach zdecydowanie głośniejsi są kibice przyjezdnych. Nie inaczej było w piątkowym spotkaniu. Fani Śląska, w liczbie ponad stu, zdecydowanie zagłuszali miejscowych kibiców.
Od początku wrocławianie ruszyli do zdecydowanych ataków i przyniosło to skutek już w drugiej minucie. Sędzia Robert Małek podyktował rzut wolny dla Śląska z 18 metrów, który precyzyjnym strzałem zamienił na bramkę Marcin Wasilewski. Popularny „Wasyl” pozazdrościł Remigiuszowi Jezierskiemu zwierzęcego teatrzyku i po golu udawał byka podczas corridy. Pozostałe 43 minuty pierwszej połowy były nudne. Amica atakowała, ale biła głową w mur, natomiast Śląsk grał z kontry, jednak rzadko zagrażał bramce Grzegorza Szamotulskiego.
Drugą połowę wrocławianie także rozpoczęli odważnie, ale to gospodarze zdobyli bramkę. W 53 minucie Mariusz Kukiełka błyskawicznie rozegrał rzut wolny. Sam na sam z Krzystzofem Pyskatym znalazł się Marek Zieńczuk, którzy strzelił w długi róg i było już 1:1.
Amica Wronki – Śląsk Wrocław 1:1 (0:1). Bramki: Zieńczuk (53) oraz Wasilewski (2-wolny). Żk: Kukiełka oraz Szewczyk, Sztylka, Gortowski. Sędziował: R. Małek. Widzów: 2000.
Amica: Szamotulski – Bosacki, Bajor, Siara (31. Dudka) – Zieńczuk, Sobociński, Kukiełka, Dembiński, Bieniuk – Dawidowski (68. Burkhardt), Król (81. Gregorek).
Śląsk: Pyskaty – Wasilewski, Jawny, Maciorowski – Nazaruk, Szewczyk, Sztylka (86. Naskręt), Filipczak, Lato – Jezierski, Gortowski (68. Żytko).

Wciąż ciągnie się sprawa ewentualnego wypożyczenia napastnika WKS-u Macieja Kowalczyka do Ceramiki Opoczno. – Wciąż nic ni jest w tej sprawie pewne. Mogę powiedzieć, że na poniedziałek umówiliśmy się z działaczami Śląska na kolejne rozmowy powiedział nam prezes Ceramiki, Robert Kowalski.

Autor artykułu: Robert Radczak,(HUC), (MIK)

Reszta na grzyby!

October 13th, 2001

W niedzielę o godz. 14:30 na stadionie w Lubinie Zagłębie zagra z GKS-em Katowice. Dla lubinian będzie to superważny mecz, gdyż katowiczanie wydają się być ich największym rywalem w walce o pierwszą czwrókę grupy A. – Powiedziałem zawodnikom, że potrzebuję tylko tych, którzy chcą zagrać i chcą wygrać z Katowicami. Reszta może iść na grzyby – powiedział do swych graczy trener Stefan Majewski, po tym jak po bardzo słabym meczu przegrali w środę w Pucharze Polski 0:3 z Górnikiem Łęczna.

- Jeszcze nie ochłonąłem po meczu pucharowym z Łęczną. To sama „przyjemność” wrócić o 3 nad ranem do Lubina z bagażem trzech goli… Na pewno z tej wpadki wnioski muszą wyciągnąć sami zawodnicy. Teraz wszystko podporządkowujemy spotkaniu z GKS Katowice. To dla nas niesłychanie ważny mecz. To najważniejszy mecz roku dla Zagłębia. Wygrana praktycznie przesądzić nasze zakwalifikowanie się do grupy „mistrzowskiej”. – dodaje trener Stefan Majewski. – Jeżeli wygra GKS to nas przeskoczy. Jeżeli nie, to praktycznie straci wszystkie nadzieje na awans do ósemki mistrzowskiej. Taka jest stawka meczu. Już w autobusie, wracając z Łęcznej, powiedziałem zawodnikom, że potrzebuję tylko tych, którzy chcą zagrać i chcą wygrać z Katowicami. Reszta może iść na grzyby. Jestem przekonany, że zbierze się nas więcej niż jedenastu… – zakończył Majewski.
W ekipie Zagłębia nie ma absencji kartkowych. Nie brakuje za to problemów zdrowotnych. Kontuzjowani są: Krzysztof Kaźmierczak, Adam Łagiewka, Andrzej Niedzielan, Piotr Przerywacz, Enkeleid Dobi i Paweł Piotrowski. Nie jest wykluczone, że dwaj ostatni zostaną niebawem wypożyczeni do klubów II ligi. Na dodatek kontuzji wiązadeł doznał Litwin Nerijus Radżius i o jego ewentualnym występie zadecyduje badanie USG…

Klimek wraca?
Od kilku dni na pełnych obrotach trenuje Arkadiusz Klimek. – Na 10 minut na pewno wybiegnę. Myślę, że tyle wystarczy, by zdobyć gola na wagę 3 punktów.
Jak mówi trener Majewski otwartą sprawa jest obsada bramki Zagłębia. Występ Przemysława Norki (niesłusznie posądziliśmy go o popełnienie błędu przy jednej z bramek w meczu w Łęcznej) w spotkaniu pucharowym nie był przypadkowy. – Obserwowaliśmy go w kilku meczach rezerw i grał znakomicie. W Łęcznej co prawda wpuścił trzy gole, ale żadna bramka stracona nie obciąża jego konta. Kto zajmie miejsce między słupkami? To rozstrzygnie się na sobotnim treningu – dodał Bogdan Pisz.

Autor artykułu: Zbigniew Jakubowski

Nieczysta gra?

October 13th, 2001

Kilka dni temu pisaliśmy o tym, że władze miasta oskarżały powiatowego rzecznika praw konsumenta o opieszałość w wydaniu opinii na temat zabudowy placu przy ulicach Łukasiewicza, Bielskiej, Karola Miarki i Asnyka. W końcu rzecznik wydał swoją opinię. Jest ona negatywna. Podobne zdanie władzom miasta przekazał zarząd powiatu.

„Zarząd powiatu – wyrażając powyższą opinię – kierował się zasadą pełnego respektu dla niezbywalnych praw wspólnoty samorządowej miasta Bolesławiec do samodzielnego decydowania o celach i kierunkach rozwoju” – czytamy w opinii zarządu powiatu skierowanej do władz miasta. W dalszej części pisma, radni powiatu ustosunkowują się do „Prognozy skutków zabudowy centrum usługowo – handlowego w Bolesławcu” sporządzonej przez krakowskie przedsiębiorstwo usług i wdrożeń „Ogrbudin” sp. z o. o. W piśmie poddają pod wątpliwość siedem punktów tej prognozy dotyczących m.in. pominięcia w prognozie planowanej budowy hipermarketów Intermarché i Hypernova. Według radnych brakuje też opinii, jak nowy obiekt wpłynie na miejscowych małych producentów i hurtowników. Nie jest też wiadomo, jaki będzie faktyczny stan zatrudnienia w centrum.
Na straży konsumentów
Negatywną opinię wystawił również powiatowy rzecznik praw konsumenta Waldemar Sawicki. Uważa on, że budowa sklepu wielkopowierzchniowego niesie za sobą tyle samo zalet, co i zagrożeń. W ocenie rzecznika, istniejąca w Bolesławcu sieć placówek handlowych, uzupełniona o powstające obecnie hipermarkety, w pełni zabezpieczy podaż towarów spożywczych na rynek lokalny. W. Sawicki przestrzega władze miasta przed zbyt dużą koncentracją branży spożywczej na terenie miasta.

Autor artykułu: Leszek Grabowy

Zdążyć przed końcem

October 13th, 2001

Majątkiem Jerzego Widzyka interesuje się skarbówka. Tymczasem od kilku dni Widzyk jest członkiem kuratorium Fundacji Polsko-Niemieckie Pojednanie. Teraz on dba o majątek poszkodowanych. Do tej pory robił to przewodniczący fundacji. O co zatem chodzi? Czyżby była to próba wysadzenia Krochmala z siodła?

O tym, żeby ktoś próbował pozbawić stołka Witolda Krochmala, sam zainteresowany nic nie wie. – Nikt nie naciska, żebym złożył rezygnację z funkcji przewodniczącego fundacji – twierdzi. – Nie zostałem odwołany, ani nie zamierzam z tego stanowiska rezygnować. (Wojewoda Witold Krochmal został powołany na stanowisko prezesa fundacji w sierpniu, choć nadal jest wojewodą).
Czy istnieje realne zagrożenie dla posady Witolda Krochmala ze strony Jerzego Widzyka? – Nie potwierdzam, ani nie zaprzeczam – mówi Krochmal. – Widzyk został członkiem kuratorium fundacji i reprezentuje nasz rząd.
Co to jest kuratorium? – To organ nadzorczy fundacji po stronie niemieckiej, w skład którego wchodzą przedstawiciele państw partnerskich – tłumaczy Izabela Zalewska, rzecznik przewodniczącego fundacji.
Oczywiście o tym, kto będzie członkiem kuratorium decyduje rząd. Dotychczas jednak funkcję taką pełnił przewodniczący fundacji. Powołany w sierpniu Witold Krochmal nie miał jednak okazji wziąć udziału w posiedzeniu kuratorium. Takowe się nie odbyło. Jak już wyznaczono termin posiedzenia, pojechał na nie… minister transportu Jerzy Widzyk.
Nikt nic nie wie
W biurze rzecznika rządu, Krzysztofa Lufta, uznano, że najlepiej poinformowana będzie sekretarka Widzyka, bo wszelkie rządowe polecenia przechodzą przez jej ręce.
W sekretariacie ministra nie podano nam jednak oficjalnej daty oddelegowania Widzyka do reprezentowania rządu Polski w Niemczech, bo… jej nie znano. Dokładna data miała być znana rzeczniczce prasowej ministra. Niestety.
- Jerzy Widzyk od kilku dni jest członkiem kuratorium – poinformowała Iza Goszkowska. – Dokładnie nie wiem od kiedy.
Czy zatem po cichu zostaną przeprowadzone kolejne nominacje? I czy Widzyk zajmie miejsce Krochmala?
- Nie mamy żadnych oficjalnych danych na ten temat – dodała

ramka

Chata za milion
(WARSZAWA) Czy minister transportu Jerzy Widzyk potrafi udokumentować pochodzenie znacznego majątku, którego dorobił się w ostatnich latach? Wszystko zaczęło się od telewizyjnych „Wiadomości”, które podjęły próbę zbilansowania majątku ministra z jego dochodami. Informacje, że jest co sprawdzać, pochodziły wprost od służb skarbowych i biura generalnego inspektora informacji finansowej Ministerstwa Finansów. Chodzi o luksusowy dom kupiony przez państwa Widzyków na warszawskim Wilanowie.
Dom stojący na działce o powierzchni 450 m kw. kosztował 220 tys. dolarów (blisko 950 tys. zł). Według „Wiadomości” cały zakup pochodził z kredytu, który ma być spłacony w 84 miesięcznych ratach. Zatem, jak wyliczyli dziennikarze, raty musiały wynosić po około 11.3 tys. złotych. Tymczasem dochody rodziny ministra telewizja oszacowała na ok. 10 tys. zł miesięcznie.
- To kłamstwa. Moje dochody miesięczne jako ministra i posła to ok. 13 tys. zł. Ponadto, na razie, spłacam same odsetki od kredytu, czyli ok. 5 tys. zł miesięcznie – powiedział Jerzy Widzyk dodając, że dom kupił na bankowy kredyt hipoteczny. – Jeśli nie spłacę kredytu, bank go zabierze.
Grzegorz Żurawiński

ramka

Skąd minister wziął pieniądze?
Generalny inspektor informacji finansowej oficjalnie zawiadomił ministra sprawiedliwości o podejrzeniu przestępstwa, którego miał się dopuścić minister transportu Jerzy Widzyk – podaje „Rzeczpospolita”. Zdaniem służb finansowych pieniądze, którymi dysponował minister, mogły pochodzić z nielegalnych źródeł.
Z informacji “Rz” wynika, że w swoim zawiadomieniu GIIF powołuje się na podejrzenie popełnienia przestępstwa przez ministra Widzyka z art. 299 kodeksu karnego, dotyczącego inwestowania pieniędzy z nielegalnych lub nieznanych źródeł, czyli tzw. prania pieniędzy. Według wstępnych ustaleń służb finansowych minister wydawał znacznie więcej niż zarabiał.

raster

Komentarz
Rzut na taśmę
Do zaprzysiężenia nowego rządu został niecały tydzień. Obecna ekipa rządząca spod znaku TKM (teraz k… my) niemal w ostatniej chwili upycha po różnych intratnych stanowiskach swoich nieudanych ministrów, tworząc nawet tak fikcyjne, jak to dla ministra Widzyka. Co gorsza, z niektórych stanowisk nie będzie można ich tak łatwo usunąć. I o to chodzi, panowie. Już nie TKM, a ZKM (zawsze k… my).
Aldona Andrulewicz

Autor artykułu: Iza Goszkowska, Agata Kondzińska

Atak nożownika

October 13th, 2001

Młody mężczyzna zaatakował nożem 53-letnią listonoszkę na jednej ze śródmiejskich ulic. Bandyta dusił kobietę, a kiedy wyrywała się i krzyczała oraz wbił jej nóż w plecy. Kobieta walczy o życie w szpitalu.

Przestępca zaatakował listonoszkę od tyłu, kiedy wchodziła do jednego z bloków. Zaczął ją dusić, a gdy usiłowała się wyrwać, wbił jej nóż w plecy. Kobieta nie poddawała się i krzyczała nadal. W trakcie szamotaniny nóż, który napastnik wbił jej w plecy, złamał się. Przestępca przestraszył się i uciekł.
- Od razu po napadzie żona zadzwoniła do mnie i powiedziała, że została zaatakowana oraz, że ma wbity w plecy nóż – opowiada zdenerwowany mąż kobiety. – Dodała, że pieniądze uratowała. Pracuje na poczcie już 11 lub 12 lat. Nigdy wcześniej coś takiego się nie wydarzyło.
Przestraszony bandyta nie zabrał torby, w której były listy oraz pieniądze.
Kobieta w ciężkim stanie trafiła do szpitala.
- Pacjentka miała dużo szczęścia – ocenia jeden z lekarzy. – Nóż zaklinował się między łopatką a kręgosłupem. Gdyby nie to, obrażenia byłyby na pewno dużo poważniejsze.

- Operacja trwała dwie godziny – mówi doktor Jan Bocianowski, który usuwał fragment ostrza z ciała listonoszki. – Kilkucentymetrowy fragment ostrza przebił płuco. Pacjentka jest w ciężkim stanie.
Na miejsce napadu od razu przywieziono psa tropiącego. Bandyty poszukuje policja.
- Wiemy, że napastnik był młody – mówi Artur Falkiewicz z zespołu prasowego komendy wojewódzkiej. – Zapamiętali go świadkowie. Teraz bardzo ważna jest pomoc przechodniów. Już niejednokrotnie to właśnie oni przyczynili się do zatrzymania bandytów.

Jesteśmy wstrząśnięci
Krystyna Politacha, biuro prasowe poczty we Wrocławiu: Napad na listonoszkę to kolejny przykład na to, że bandytyzm zaczyna szerzyć się na naszych ulicach. Jesteśmy wstrząśnięci tym, co się stało. Zapewniam, że nasi pracownicy mają zabezpieczenia w razie podobnych sytuacji. Nie mogę jednak zdradzić szczegółów, bo byłaby to nie lada gratka dla przestępców. Podkreślam jednak, że dla zdesperowanego bandyty żadne zabezpieczenia nie stanowią przeszkody. Nasza odważna pani listonosz, na szczęście jest już przytomna. Na pewno za swą postawę zostanie wynagrodzona.

Brak zabezpieczeń
53-letnia kobieta wykazała się ogromną odwagą, podejmując walkę z napastnikiem po to, by obronić pieniądze. Napadnięta miała dużo szczęścia. Przecież bandyta mógł ją zabić. Listonosz, który samotnie spaceruje po mieście to łatwy cel dla przestępców. Może dyrekcja poczty powinna pomyśleć o tym, żeby zabezpieczyć w jakiś sposób swoich pracowników. Podczas wczorajszego napadu wystarczyłby przecież paralizator, żeby ostudzić zamiary bandyty. Paralizatora jednak zabrakło. Całe szczęście, że cała historia nie zakończyła się śmiercią pracownicy poczty.

Autor artykułu: Renata Grochal, (PP)

Bój ostatni

October 13th, 2001

Sobota i niedziela to dwa ostatnie dni, kiedy w “Kwancie” przy ul. Świdnickiej można kupić książkę. Księgarnia – po 40 latach istnienia – zostanie zamknięta. To ostatni akt kilkuletnich zmagań właścicieli “Kwanta” z urzędem miasta.

- Znowu dostaliśmy nakaz eksmisji. Tym razem na 17 października – mówi Urszula Pełka, współwłaścicielka „Kwanta”. – Nie wiem jak to rozumieć, ale w naszym przypadku komornik działa w zadziwiająco ekspresowym tempie. Mam wrażenie, jakby nasze ostatnie odwołanie nie zostało w ogóle rozpatrzone. Komornik wyznaczył tylko nowy termin.
To oznacza, że do środy z „Kwanta” muszą zniknąć wszystkie książki i rzeczy właścicelek. Jeśli tak się nie stanie, zajmie je komornik. Dlatego pracownicy księgarni podjęli decyzję, że w poniedziałek “Kwant” zostanie zamknięty. Chcą mieć czas na wyprowadzkę. Boja się, że gdyby wyprowadzono ich siłą, książki mogłyby zostać zniszczone.

- Natmiast dziś i w niedzielę będziemy pracować. Chcemy sprzedać jak najwięcej książek – mówi Urszula Pełka. – Ile jeszcze zdążymy utargować, to nasze.
- Już nie mam siły walczyć – tłumaczyła podczas ostatniej, niedoszłej do skutku eksmisji.
Oszukani?
Księgarnia naukowo-techniczna działa przy ul. Świdnickiej od 40 lat. Spór właścicielek “Kwanta” z władzami Wrocławia zaczął się w 1993 roku. W 1990 roku księgarnia – na fali prywatyzacji – przekształciła się w spółkę pracowniczą, której gmina wydzierżawiła dotąd zajmowany lokal na półtora roku. Mimo, że miasto gwarantowało przedłużenie umowy, w 1993 roku na zajmowany przez Kwant lokal ogłoszono przetarg. Do przetargu w 1993 roku stanęło 11 firm.
- Nie mieliśmy szans, aby wygrać. A wcześniej dużo zainwestowaliśmy w ksiegarnię – tłumaczył przyczyny „wojny z urzędem” Stefan Pełka.
Spór przeniósł się do sądu. Sąd rejonowy przyznał rację Kwantowi, natomiast sąd II instancji władzom miasta. Ostatecznie sprawa trafiła NSA. Ten uznał, że nie ma podstaw do kasacji ostatniego orzeczenia. W efekcie nakazano eksmisję księgarni. Ostatnią, zaplanowaną na 4 października komornik odwołał po interwencji właścicieli. Kwant, mimo sporu, przez wszystkie te lata regularnie płaci czynsz: 8 tys. miesięcznie.
Właścicielem lokalu przy Świdnickiej jest spółka „Zarządca”. Biuro zarządu miasta poinformowało, że wkrótce na lokal po “Kwancie” ogłoszony zostanie przetarg.

Autor artykułu: Izabela Czuban

Verdi w bazylice

October 12th, 2001

(TRZEBNICA) Tego jeszcze w Trzebnicy nie było: ogromne dzieło oratoryjne we wspaniałej oprawie i z udziałem tak wielu wielkich artystów. Zapowiada się wydarzenie kulturalne. Czy tak będzie z „Requiem” Verdiego, przekonają się melomani, którzy w piątek na godz. 19 wybiorą się do trzebnickiej bazyliki.

Koncert, który jest imprezą finałową VIII Międzynarodowego Festiwalu Muzyki Kameralnej i Organowej w Trzebnicy, jest jednocześnie inauguracją tegorocznych obchodów jadwiżańskich. Patronat nad całym festiwalem objął premier rządu RP Jerzy Buzek, a nad piątkowym koncertem minister kultury i dziedzictwa narodowego.
W bazylice Świętej Jadwigi wystąpi pod dyrekcją Ulricha Grossera Orkiestra Filharmonii Dolnośląskiej w Jeleniej Górze, Chór Uniwersytetu im. Księdza Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie oraz Capella Juwenta z Muenster. Solistami będą Iwona Hossa (sopran), Joanna Cortez (mezzosopran), Jarosław Bręk (bas-baryton) i Reinhart Ginzelli (tenor).
- W bazylice po raz pierwszy wystąpi jednocześnie ok. 200 osób. Będzie to więc wydarzenie na miarę Wratislavia Cantans – powiedział Jan Buczek, dyrektor organizacyjny festiwalu. – Na tę okoliczność w prezbiterium i nawie głównej świątyni wybudowane zostanie specjalne rusztowanie. Mamy na to siedem godzin, kiedy nie będzie odprawiane żadne nabożeństwo.
Orkiestra Filharmonii Dolnośląskiej w Jeleniej Górze gra od 1964 r. jej założycielem i pierwszym dyrektorem był Stefan Strahl. Od 1990 r. dyrektorem naczelnym jest Zuzanna Dziedzic, a od 1997 r. dyrektorem artystycznym Andrzej Chorosiński. Chór Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego (dawniej Chór Akademii Teologii Katolickiej) w Warszawie powstał w 1968 r. Od tego czasu dał wiele koncertów w Polsce i niemal we wszystkich krajach Europy. Repertuar chóru obejmuje utwory od renesansu do współczesności, a przede wszystkim polską muzykę sakralną. Ulrich Grosser – klawesynista, organista i dyrygent – jest kierownikiem chóru Capella Juventa z Muenster oraz pierwszym gościnnym dyrygentem Filharmonii Dolnośląskiej w Jeleniej Górze. W Trzebnicy te doskonałe zespoły wraz z solistami wykonają Requiem Giuseppe Verdiego.
Jak powiedział jeden ze znawców idealnym miejscem dla tego dzieła jest właśnie barokowe wnętrze trzebnickiej świątyni: dźwięki w niej są tak delikatnie rozproszone, że nie słyszy się pojedynczych instrumentów lecz muzykę.
Jest to najdroższy koncert jaki miał miejsce w ramach trzebnickich festiwali. Będzie kosztował ok. 28 tys. zł, z czego 10 tys. pokryje Urząd Marszałkowski Województwa Dolnośląskiego.

Autor artykułu: (AGNI)

Utopione w zębach

October 12th, 2001

(WROCŁAW) Henryk Owczarek były dyrektor przychodni przy Dobrzyńskiej, zarzuca kierownikowi poradni stomatologicznej narażenie placówki na finansowe straty. Miał on wykonywać prywatne usługi za publiczne pieniądze. Pacjentami jego prawdopodobnie było wielu wrocławskich polityków i urzędników, którzy płacili za przyspieszone protezy. Alarmowany o tym urząd marszałkowski milczy. Reaguje dopiero w lipcu i… odwołuje dyrektora ze stanowiska. O przyczynach odwołania nie chce mówić.

Henryk Owczarek został dyrektorem Wojewódzkiego Zespołu Specjalistycznej Opieki Zdrowotnej przy ul. Dobrzyńskiej w listopadzie 2000 roku.
- Wcześniej byłem pracownikiem Akademii Medycznej – wspomina Henryk Owczarek. – Na stanowisko dyrektora powołał mnie marszałek, organ założycielski tej placówki. To co zastałem na miejscu zaniepokoiło mnie. Finanse przychodni były na minusie. Zadłużenie sięgało 2 milionów złotych.
Znalezienie przyczyn zadłużenia i dokładna analiza finansowa przychodni spadły na barki, mianowanego w grudniu, wicedyrektora – Stanisława Krężela.
Przy ul. Dobrzyńskiej działa kilkanaście poradni: kardiologiczna, diabetologiczna, okulistyczna, rehabilitacji i fizykoterapii oraz stomatologiczna. Dwie ostatnie, jak się okazało, przynosiły przychodni najwięcej strat.
- Tylko w 1999 roku stomatologia wykazała stratę prawie 400 tys. złotych, rok później niewiele mniej – wylicza Stanisław Krężel.
Henryk Owczarek i Stanisław Krężel pod lupę wzięli poradnię stomatologiczną, w obrębie której funkcjonowała również pracownia protetyczna. A nad wszystkim jednoosobowo czuwał kierownik – Andrzej Maciejewski.
Przy Dobrzyńskiej pracuje prawie 200 osób. W samej tylko poradni stomatologicznej było w ciągu tych 2 lat zatrudnionych nawet do 15 pracowników. Trzech lekarzy, a reszta to prototetycy.
Owczarek i Krężel zaczęli zadawać pytania. Po co tylu protetyków? Ile protez dziennie wykonują? Ile zużywają materiału?
- Na podstawie rozliczenia wykorzystanego materiału, okazało się, że rocznie w pracowni zrobiono 1000 protez, z czego rozliczono tylko 700. Za te protezy kasa chorych zwróciła nam pieniądze. Jednak pozostałe 300 powiększyło deficyt przychodni. Jak twierdzi dyrektor w pracowni wykonywano, drogie protezy szkieletowe, a w dokumentach odnotowywano, że były to tańsze protezy akrylowe.
Rodzą się kolejne pytania. Dla kogo było te 300 protez? Kim byli pacjenci doktora?

Henryk Owczarek i Stanisław Krężel przedstawiają własną wersję wydarzeń:
- Przychodził pacjent. Kolejka. Trzeba czekać. 2 lata – opowiada S. Krężel. – Lista potrzebujących jest długa. Pacjent nie zastanawia się długo. Idzie do kierownika. Ten, mimo że nie był protetykiem, bierze odcisk szczęki pacjenta, daje skierowanie do technika. Technik na tej podstawie robi protezę. Potem pacjent kwituje jej odbiór w zeszycie. Tymczasem w wielu miejscach nie ma podpisu pacjentów, jest natomiast podpis kierownika poradni – twierdzą dyrektorzy.
– Mamy karty pacjentów, które wystawiane są na tzw. martwe dusze, czyli osoby, które nigdy naszymi pacjentami nie były. Nie ma na nich nawet zaznaczonego przebiegu leczenia. – mówi Stanisław Krężel. – Domyślamy się również, że pacjentami były osoby, którym tylko teoretycznie, np. ze względu na wiek, proteza przysługiwała, a wcale jej nie potrzebowały. Zdarzało się też, że na nazwisko jednej osoby wykonywano w krótkim czasie kilka protez, motywując to reklamacją. Praktycznie protezy były wykonywane dla kilku osób.
Owczarek i Krężel twierdzą, że pacjentami doktora Maciejewskiego było wielu wrocławskich polityków i urzędników, którzy na zęby czekać nie mogli. Nie zawsze byli oni bezpośrednimi pacjentami, a często tylko zleceniodawcami.
Dyrektor wielokrotnie sygnalizował te problemy urzędowi marszałkowskiemu. Bezskutecznie. W kwietniu doszło do rozmowy z marszałkiem. To jednak niczego nie zmieniło. Kontroli nie było. Urząd milczał. Zareagował dopiero w lipcu i… odwołał Henryka Owczarka ze stanowiska dyrektora przychodni.
Nie udało nam się poznać przyczyn odwołania dyrektora. Jak powiedziano nam w biurze prasowym urzędu marszałkowskiego, nie mamy prawa tego wiedzieć.
Henryk Owczarek i Stanisław Krężel złożyli doniesienie do prokuratury.


Rozmowa z kierownikiem poradni stomatologicznej – Andrzejem Maciejewskim
*Dlaczego z rozliczenia materiałów zakupionych przez przychodnię wynika, ze wykonano więcej protez niż było faktycznych zleceń?
- Nic mi o tym nie wiadomo. Zresztą nie ma takiej możliwości. Lekarz daje zlecenie. Technik pobiera materiały i z nich się rozlicza.

*Pan nie jest protetykiem, ale mimo to zlecał pan wykonywanie protez…
- Moja specjalizacja to stomatologia ogólna, ale przez lata pracowałem na protetyce. Lekarz stomatolog może zlecić wykonanie protezy.

*A dlaczego pan jako jedyny lekarz w przychodni pobierał protezy w imieniu pacjentów?
- Nie przypominam sobie takich sytuacji. Mamy co prawda wielu pacjentów…ale nie, nie odbierałem, ani żaden z naszych lekarzy tak nie robił.

*Czy dyrektor Sokalski (dyrektor wydziału zdrowia urzędu marszałkowskiego) wnioskował o wykonanie w przychodni protez szkieletowych dla określonych osób?
- Sporadycznie chyba robiłem takie protezy. Ale to była raczej taka prośba dyrektora Sokalskiego. Raz dla długoletniej pracownicy wydziału zdrowia. Innym razem dla pewnego profesora. Była szansa na refundację takich prac przez kasę chorych, ale kiedy ostatecznie okazało się to niemożliwe, zaniechaliśmy takich działań.

*Dlaczego pańskim zdaniem przychodnia przynosiła straty, kiedy pan nią kierował?
- Mieliśmy dużą pracownię protetyczną, pojawiały się trudności z materiałami, a w tym czasie trzeba było płacić pensje. Poza tym dobre akcesoria stomatologiczne są kosztowne i stawki kasy chorych nie zawsze pokrywały wartości tych zabiegów.

Autor artykułu: Agata Kondzińska, Tomasz Janoś

Daj łapówkę!

October 12th, 2001

(WROCŁAW) – Stój, jestem z batalionu zabezpieczania miasta – usłyszał pewien mężczyzna, który we wtorkowy wieczór siedział na ławce w Rynku. – Chodź do radiowozu. Młodzieniec podający się za stróża prawa wyciągnął policyjną odznakę. Jak się później okazało, była to odznaka starego typu, nieużywana już w policji.

Rzekomy stróż prawa nakazał wrocławianinowi, by poszedł z nim do radiowozu. Kiedy mężczyzna nie chciał wsiąść do auta, 19-letni Artur L. wyciągnął pistolet i zagroził, że strzeli mu w kolano. W samochodzie siedział kolega Artura. Twierdził, że również jest z policji.
- Mężczyźni powiedzieli wrocławianinowi, że wiedzą, iż jest dilerem narkotyków – mówi prokurator prowadzący sprawę. – Zagrozili mu, że zaraz się z nim policzą.
Rzekomi policjanci uprowadzili młodzieńca z Rynku. Wozili go po ulicach miasta i straszyli, że zaraz pojadą do komisariatu, gdzie go pobiją.
Później zmienili jednak zdanie. Zaproponowali, że wypuszczą mężczyznę z auta, jeśli da im łapówkę. Oprócz plecaka, w którym było 200 złotych i telefon komórkowy, wrocławianin nie miał przy sobie nic wartościowego. Zostawił wszystko rzekomym policjantom. Po wyjściu z auta poprosił taksówkarzy, żeby wezwali radiowóz. Tym razem przyjechali prawdziwi policjanci. Następnego dnia funkcjonariusze zatrzymali dwóch mężczyzn, którzy we wtorkowy wieczór postanowili zabawić się w stróży prawa. Prokuratura zarzuciła im rozbój z użyciem niebezpiecznego narzędzia. W mieszkaniu Artura L. znaleziono rewolwer, którym mężczyzna groził swojej ofierze.
- Podejrzany utrzymuje, że jest to pistolet gazowy – mówi prokurator. – Taką broń jednak łatwo przerobić na ostre naboje. Rewolwer zostanie więc zbadany przez specjalistów.
W domu 19-latka znaleziono też policyjną odznakę. Okazało się, że tego typu odznaki wycofano już z użytku. Na razie nie wiadomo w jaki sposób znalazła się ona w mieszkaniu Artura L. To prawdopodobnie on wymyślił, żeby we wtorkowy wieczór zabawić się w policjantów.
Stwierdził, że kiedyś był uzależniony od narkotyków. Od kiedy jednak przestał zażywać środki odurzające, postanowił tępić dilerów. Dlatego też chciał pomóc policjantom i zatrzymać wrocławianina, który wydawał mu się podejrzany.
Za rozbój z użyciem broni, fałszywym policjantom grozi kara nawet 15 lat więzienia. Dziś sąd zadecyduje o tymczasowym aresztowaniu podejrzanych.

Autor artykułu: Renata Grochal

Zeznawał

October 11th, 2001

Wczoraj we wrocławskiej prokuraturze przez wiele godzin przesłuchiwany był Piotr W., bliski współpracownik i doradca aresztowanego byłego wiceprezesa KGHM Marka S.
Pisaliśmy, że według naszych informacji – zbiegły w obawie przed aresztowaniem do Izraela Piotr W. zgłosi się do prokuratury dobrowolnie. Tak też się stało.
Pojawienie się Piotra W. było o tyle zaskakujące, że deklarował on gotowość złożenia wyjaśnień, mimo że nie otrzymał sądowej gwarancji w postaci listu żelaznego, o co zabiegał ponad trzy miesiące.
Nieoficjalnie dowiedzieliśmy się, że Piotrowi W. zamierzano przedstawić zarzut zagarnięcia mienia dużej wartości.

Autor artykułu: (PIK)